Wpis numer 020 – Krwawe Walentynki
Walentynki. Święto, którego całkowicie nie uznaję i uważam za zbędne dla mnie. I nie chodzi mi tu o zazdrość wobec par zakochanych czy inne tego typu argumenty, o nie. Po prostu nie widzę się w tym i już. Ale nie to będzie tematem przewodnim tego wpisu, lecz tytułowa krwawość. A dokładnie :sama krew. Czerwona, smaczna i cudownie prezentująca się na dwuręcznych mieczach.
Dnia 14 lutego 2011 roku, po raz pierwszy w życiu udałem się na ulicę Czerwonego Krzyża we Wrocławiu, by tam ,w Centrum Krwiodawstwa, dobrowolnie oddać krew. Pytanie pierwsze: po co, z jakiego powodu? Sam nawet do końca nie wiem. Nie chodziło tu raczej o nagrody (o których później) czy inne korzyści materialne. Po prostu, gdzieś tam w głowie, jakiś czas temu, doszedłem do wniosku, iż takie działanie jest po prostu satysfakcjonujące dla mnie samego. Tak o. Oddałem krew, jestem fajny i tak dalej. Pośrednio dochodzi tutaj motyw „a jak będę miał wypadek…” lecz nie był on kluczowy. Niezależnie od powodów, stało się. Na wejściu zostało grzecznie poinformowany o wszystkich krokach i działaniach, jakie powinienem poczynić by zostać krwiodawcą. Najpierw rejestracja, skąd wysłano mnie na pierwsze, próbne pobieranie krwi. Na podstawie tego zostanie określona moja grupa krwi oraz to, czy jestem chory na jakąkolwiek z tych chorób, które są złe, ale nie pamiętam. Następny krok to oczekiwanie na wizytę u doktora, który bada nasz stan zdrowia i orzeka zdolność do oddania krwi. Jednak jeszcze przed tym musimy wypełnić ankietę, która ma ułatwić pracę ww. lekarza. Ten kawałek papieru to kolejna porcja chorób, o których zwykły człowiek nigdy wcześniej nie słyszał poza serialami medycznymi oraz kilka pytań dotyczących naszych stosunków sexualnych bądź podróży zagranicznych. Ot, taka ciekawostka . Osobiście ważniejsze było dla mnie otrzymanie po badaniu kuponu na puszkę Pepsi i Grześka, ale to już moja opinia.
Po tym ostatnim badaniu przechodzimy na magiczne piętro pierwsze. Tam, w długiej Sali zasiadamy na jednym z foteli i zaczyna się właściwy proces pobierania krwi. Od razu uprzedzam: nie jest to całkowicie bezbolesne. Igła, która na moje oko była 4-krotnie grubsza niż zwykła, wbijana jest prosto w żyłę na zgięciu ramienia. Dodatkowo, na wysokości barku, jesteśmy zapinani specjalna opaską. Tak więc pod koniec zabiegu, nasze ramię przybiera kolor iście fioletowy. Cała „akcja” trwa mniej niż 5 minut, po czym zostajemy puszczeni wolno z kwitkiem potwierdzającym oddanie krwi. Następny etap jest moim prywatnym faworytem. Cytując tabliczkę na ścianie: „Pacjent zobowiązany jest ,po oddaniu krwi, do 15 minut odpoczynku na fotelach bądź kanapach”. Miękkich. Baaardzo miękkich. Gdyby kazano odpoczywać 20 minut, z pewnością zasnął bym w tych cudach ludzkiej techniki.
Ostatni etap to zgłoszenie się do recepcji, kasy oraz bufetu po „zapłatę”. 8 czekolad, zwrot kosztów przejazdu (nawet, jeżeli szło się na piechotę), możliwość pełnopłatnego zwolnienia ze szkoły bądź pracy oraz maskotka. Jak dla mnie bomba. Do tego, po 10 dniach możemy odebrać własną książeczkę z grupą krwi oraz datami poszczególnych wizyt, co pozwala w przyszłości uzyskanie licznych korzyści wynikających z bycia Honorowym Dawcą Krwi. Do takich zalicza się między innymi możliwość darmowych przejazdów MPK.
Cóż więc mogę napisać na koniec? Ano tyle, że warto. I proszę. To tylko godzina wyjęta z życia, która naprawdę opłaca się nie tylko Tobie, ale również komuś innemu. Wiem, moralizatorstwo w pełnej krasie, ale cóż poradzę, czasami mi się zdarza. Wystarczy tylko poszukać kilku informacji w Internecie i już wszystko jest dla nas jasne i przejrzyste. Mam więc nadzieje, iż chociaż jedna osoba, pod wpływem tego wywodu, zdecyduje się na pójście w moje ślady.








Meldunki