Wpis numer 019 – God save the Queen!
7 miesięcy. Tyle, około, trwała moja przerwa w tworzeniu tego bloga. Cholera, dużo. A co jest najśmieszniejsze? Nie mam absolutnie pojęcia, co pisać na początku tego wpisu. Po prostu nie wiem, jak argumentować tak długą nieobecność, ba, nawet nie wiem, czy powinienem. No cóż, nie ma co się rozklejać, trzeba pisać. Kilka świeżych pomysłów wpadło mi do głowy, tak więc prezentuje jeden z nich: co jakiś czas wpis będzie poświęcony jednemu zagadnieniu związanym z historią danego kraju bądź narodu. Tak się bowiem składa, iż jednych wręcz uwielbiam, tak jak Finów czy Szkotów, podczas gdy dla przykładu Francuzów co najmniej nie trawię. No ale dosyć tego gadania, czas zabrać się do pracy. Tak więc dziś na tapecie dumni synowie Albionu, obrońcy białej rasy i jej cywilizacji na całym świecie oraz odwieczni wielbiciele herbaty z mlekiem, Brytyjczycy.
Na samym początku sprostowanie: nie, Wielka Brytania to nie to samo co Anglia. Wielka Brytania składa właśnie z Anglii, Szkocji, Walii, Irlandii Północnej oraz kilku maleńkich wysepek. Twór ten powstał w 1707, kiedy do Anglia i Szkocja zawarły unie realną między sobą. Wraz z biegiem lat, nowe państwa i terytoria dochodziły, aż do dzisiaj i nie zapowiada się raczej, aby coś w tej kwestii się zmieniło. Dlaczego właśnie oni? Ano, w zeszłym roku, na potrzeby olimpiady historycznej, musiałem zagłębić się w historii tego kraju. I niemal od razu ich polubiłem.
Pierwsza sprawa: długi łuk. A raczej wysoki. 1,2 metra lekką ręką. W rękach sprawnego strzelca około 12-15 strzałów na minutę. Pomnóżmy to razy 500 żołnierzy, co daje nam średnio 6750 strzałów na minutę. Istna ściana ognia średniowiecza. Przekonali się o tym boleśnie Francuzi podczas bitwy pod Azincourt w 1415 roku, gdzie w błocie, pod gradem strzał poległo prawie 10 000 żołnierzy francuskich, wielu pochodzących z możnych rodów szlacheckich. Niektórzy historycy mówią, iż właśnie wtedy wiele rodów przestało istnieć. A to wszystko z rąk raptem 5000 łuczników. Nie ma co, robi wrażenie.
Druga: flota. A raczej olbrzymia, potężna i przez wiele lat niepokonana. Kiedy brytole zdali sobie sprawę, iż na kontynencie nie zdziałają zbyt wiele, zaczęli interesować się koloniami. A jak tereny zamorskie, to potrzeba floty. I trzeba przyznać, znali się na swojej robocie. Od bitwy pod Trafalgarem aż do końca drugiej wojny światowej, nikt nie miał szans w pojedynkę pokonać floty Jej Królewskiej Mości. Ciekawostka: HMS, przedrostek przed każdą nazwą okrętu Brytanii, oznacza Her Majesty Ship.
Trzecie: Akcent, wygląd i sposób zachowania. W tej kategorii nasuwają mi się trzy postacie: Sean Connery, najlepszy w mojej opinii James Bond oraz filmowy ojciec Indiany Jonesa, Kyle Hobbes, Cudnowy brytyjski najemnik z serialu „V” oraz kapitan Price, jeden z najbardziej charyzmatycznych ( i długowiecznych) bohaterów serii Call of Duty. Cała trójka posiada cudowny akcent, na dźwięk którego wręcz rozpływam się w fotelu. Do tego perfekcyjny zarost i zachowania. Po prostu God save the Queen!
Cóż, to by było na tyle. Mam nadzieje, iż chociaż jeden z tych faktów, szczególnie historycznych, zainteresuje was i zmusi do głębszego zapoznania się z nimi. A na koniec, tradycyjnie, piosenka.


Meldunki